OK: Nadal malujesz?
KK: Maluję i rysuję dość dużo. To faluje. Są okresy przerw i intensywnego tworzenia. Najczęściej, gdy dzieje się coś wokół mnie lub ze mną. Cykl obrazów po chorobie pozwolił mi poukładać sobie to co się wydarzyło. Czasami rysowanie jest zrzuceniem czegoś męczącego, niekiedy relaksem, gdy zachwyci mnie piękna forma. Lubię rysować ptaki, one towarzyszą mi w życiu. Kocham ptaki i ptaszyska, są najbardziej dekoracyjne. Moje prace są bardzo różne. Bawię się formą, czasami traktuję swoją robotę poważnie. Na mojej stronie internetowej to widać, choć opublikowałam tylko małą część tego co przez wiele lat robiłam.
OK: Kiedyś to było Twoją pasją, miało być zawodem, a jednak wybrałaś inna drogę, co było impulsem?
KK: Chciałam malować, pracować także w dziedzinie sztuki użytkowej. Nawet zaczęłam od razu po maturze, gdy zbierałam pieniądze na studia, pracowałam jako projektant plastyk. Projektowałam okucia, kłódki, klucze, i opakowania do nich. Zaczęłam studia na Wydz. Sztuk Pięknych w Toruniu. Jednak czułam ogromny brak filozofii, którą lubiłam, brak myślenia o rzeczach dla mnie ważnych. Brakowało mi przede wszystkim literatury, zawsze czytałam bardzo wiele i nagle mi tego zabrakło. Przeniosłam się na polonistykę. Już od dawna coś pisałam, ale tylko dla siebie. Powoli docierało do mnie, że będę pisarką. Po wydaniu pierwszej książki (debiut: WIZJER 1978) wiedziałam, że już jestem, choć muszę pracować nad sobą i swym warsztatem.
OK: Czy pamiętasz chwilę, podczas której trzymałaś w rękach świeże wydanie swojej pierwszej książki?
KK: Pamiętam pierwszą książkę. WIZJER. Sama zrobiłam okładkę. Dyrektor artystyczny Czytelnika pozwolił mi na to, uznał ja za dobrą. To był autorski egzemplarz! Obwoluta i okładka mojego projektu. Obie moje pasje się w tej powieści połączyły. Potem już oddalam grafikę profesjonalistom. Jeszcze tylko raz sama zilustrowałam parodię poradnika "JAK ZDOBYĆ, UTRZYMAC I PORZUCIĆ MĘŻCZYZNĘ". Potem, w kolejnym wydaniu ilustracje zrobił Andrzej Czeczot. Napisana dla zabawy, ma właśnie czwarte, zmienione i unowocześnione wydanie. Sposoby polowania, zdobywania i porzucania bardzo się zmieniły!
OK: Która z Twoich książek jest Ci najbliższa, do której wracasz i dlaczego?
KK: Nigdy nie wracam do swoich książek. Chyba że coś się z nimi dalej dzieje. Tak jak kiedyś, gdy pisałam scenariusz z PAWILONU MAŁYCH DRAPIEŻCÓW, a Piotr Szulkin zrobił według niego film. Scenariusz różnił się bardzo od książki, bo obraz rządzi się innymi prawami niż słowo. Lubię swoje dzienniki, które prowadzę od 40 (!) lat. Część już wydałam pod tytułem MONOGRAFIA GRZECHÓW, Z DZIENNIKA 1978- 1989. Jest tam czas przełomów. Osobistych i naszych, polskich. Stan wojenny, transformacja, no i wreszcie odzyskana niepodległość. Jestem przywiązana do powieści "WIÓRY", bo to bardzo prawdziwa książka o moim podwórku i trudnym dzieciństwie.
OK: Powiedziałaś w jednym z wywiadów „kiedy już odkryjemy swój talent, zaczynamy nad nim pracować” Nie wszystkim udaje się jednak podążać za swoimi talentami, jak sądzi dlaczego?
KK: Nikt nie wie dokładnie co to jest talent. Wiele się na niego składa. Pomysły! Sposób widzenia świata, umiejętność przekazania wizji. No i ciężka praca nad tym, żeby nie zmarnować talentu. Czasami trzeba coś odłożyć, odpocząć od tematu. Mam swoje tematy. To się przewija przez całą twórczość. Ostatnia powieść "FAUSTA" bardzo mnie zmęczyła. Pisałam ją przeszło osiem lat! Zaczęłam przed chorobą, a potem wracałam do pisania kilka razy. Motyw faustyczny, dążenie do uzyskania wiecznej młodości przybiera niekiedy groteskowe formy. Kobiety szaleją na punkcie liftingów ciała, zapominają o liftingu duszy. Napisałam groteskową sztukę "SALON PROFESORA MEFISTO", która została przetłumaczona na niemiecki i wystawiana we Frankfurcie n/Odrą. Wytrwałość podpiera talent, ale bywa, że przeszkadza, jeśli kurczowo trzymamy się jednego gatunku twórczości.
OK: „Sukces” – to ostatnio modne słowo, ale czy można je zdefiniować?
KK: Sukces jest dla mnie pojęciem pustym. Są oczywiście sukcesiki, albo uderzeniowe sukcesy - bo uderzają do głowy - to jednak tylko chwila. Jak można mówić o swoim sukcesie, gdy dookoła tyle cierpień? Śmierci? Sukces to dla mnie egocentryzm. Można się z czegoś ucieszyć, ale nie dać sobą zawładnąć, bo to może zaciemnić umysł i źle wpłynąć na jakość tego co robimy. To się nazywa "spoczywaniem na laurach" i "obcinaniem kuponów". Tak się dzieje z "ludźmi sukcesu".
OK: Miłość tez trudno jest zdefiniować. Kiedyś powiedziałaś, że miłość jest ślepa. Ale kobieta w miłości powinna być ślepa tylko na jedno oko” – na prawe czy lewej?
KK: Miłość jest ślepa, a to nie rokuje zbyt dobrze. Na tym żerują matrymonialni oszuści. Mam kilka znajomych "oskubanych" do kości przez partnerów. Przez lata nie wiedziały co się święci. Dlatego w mojej wspomnianej wyżej książeczce JAK ZDOBYĆ, UTRZYMAĆ itd., proponuję żeby jednym oczkiem sprawdzać delikwenta. Nie tym od serca, nie lewym, odpowiedzialnym za uczucia, za zdradę itd., ale prawym. Prawe oko niech kontroluje wydruki bankowe, umowy, różne papiery itd. Zaufanie zaufaniem, ale warto od czasu do czasu z twarzą pokerzystki powiedzieć: sprawdzam. Lepiej być zdradzoną niż "oskubaną" z kasy.
OK: A tak na poważnie, jak to stwierdzenie przekłada się na życie?
KK: Ja nie muszę sprawdzać. To raczej mój mąż powinien, bo to ja prowadzę rachunki i dbam o wszystko. Co jakiś czas daję mu wydruki bankowe, żeby wiedział na czym stoimy. Zresztą uratowałam oszczędności rok wcześniej przewidując kryzys. Mój mąż mówił, że nie trzeba nic robić, że nic złego się nie dzieje, że to histeria. Nie słuchałam, przełożyłam różne fundusze na fundusz gotówkowy i jest ok. Muszę dbać o konto, bo cenię swoją wolność i nie mam nigdzie etatu, a więc sama odkładam na emeryturę. Miłość jest wspaniała, ale bywa niszcząca, gdy musimy się podporządkować. Moja walka w naszym małżeństwie zawsze toczy się o wolność i równe prawa. Kariera mężczyzny jest prawie zawsze ważniejsza niż to co robi kobieta. nawet jeśli to ona więcej zarabia, ma firmę, albo jest bardziej znana czy twórcza.
OK: Czy uważasz, że dziś kobietom jest łatwiej spełniać swoje marzenia?
KK: Jasne, że kobiety dziś mogą lepiej spełniać swoje marzenia. Sto lat temu mogłabym tylko marzyć o wolności własnej, o swoim zawodzie, swoim koncie, wyjazdach... Bez zgody ojca albo męża nic byśmy nie mogły zrobić. To upiorne! Wszystko o czym pisałam wyżej, o czym piszę w książkach, sztukach i felietonach to jest właśnie moje spełnienie. Nie marzeń, tylko celów.
OK: Z czego powinnyśmy być dumne a czego się nauczyć np. od mężczyzn?
KK: Ja jestem dumna właśnie z tego, że robię to co chcę i lubię, choć nie zawsze mogę. Jestem w miarę wolna, bo sama jestem swoim szefem. Zresztą piekielnie wymagającym. Nie mogę się obijać, unikać roboty, bo przecież od razu się na tym przyłapuję! I tak to robię! Bo lenistwo po robocie sprzyja zdrowiu. Od mężczyzn nauczyć się można wielu rzeczy. Trzeba wyciągać od nich to co umieją, na czym się znają. Można uczyć się w łóżku. Np. języka obcego najłatwiej od tubylca, z którym się sypia. Uczmy się zwłaszcza bezwzględności w dążeniu do celu, oraz umiejętności udawania że czegoś nie potrafią, są bezradni. Nie róbmy nic za nich!
OK: Czym jest dziś feminizm



